Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koraliki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koraliki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 maja 2022

O spóźnionej wiośnie

 Dęby zazieleniły się, co dla mnie osobiście oznacza finał wiosny. W zasadzie ze zdjęciami załapałam się na ostatnie podrygi kwitnących jabłoni. Za to pod dostatkiem jest innego kwiecia, z czego nie omieszkałam skorzystać. W roli Pani Wiosny wystąpiła Tonnerka Shinyuu Layne, u mnie nosząca imię Sheila. 

Z nabyciem jej wiąże się okres długiego i dogłębnego tentegowania w głowie, po czym piorunująca decyzja. Tonnerki od dość dawna wierciły mi w mózgu, szkopuł w tym, że po pierwsze uznawałam je generalnie za zbyt drogą fanaberię (to tylko lalka! huczało mi w głowie), po drugie ciężko było mi znaleźć wśród nich na tyle ładną twarz, bym zapragnęła na serio zakupu. W większości wydawały mi się jakieś takie napuchane i nieprzyjazne. Po trzecie - zgranie wszystkich istotnych parametrów, czyli urody, artykulacji i ceny było zbyt trudnym zadaniem, przynajmniej przez pewien czas.

Ale jak wiadomo,  życie lubi zaskakiwać. Z początkiem roku podjęliśmy razem z EM pewien proces zmian w życiu, a po niedługim czasie uznałam, że muszę sobie wyznaczyć jakąś nagrodę docelową, która mnie zmotywuje do wysiłku. Napomknęłam luźno, że interesuje mnie pewna lalka, którą obserwuję od jakiegoś czasu. Wyróżniała ją niebanalna, urocza twarz (rzadkość u Tonnerek, które widywałam), zginała co trzeba, cena była, powiedzmy, do łyknęcia. Co było podejrzane, Elegancki Mężczyzna od razu wykazał zainteresowanie oglądaniem wzmiankowanej oferty, po czym z całym swoim luzem i urokiem osobistym w jednym stwierdził, że mi ją kupi. Totalnie na rympał, czyli konwencja zostaje zachowana. ;) Po prostu wziął i zdecydował za mnie. W ten oto sposób doczekałam się pierwszej lalki oficjalnie kupionej w prezencie przez EM. I to jakiej! Lalka przyjechała do mnie w oryginalnym pudełku z metką, stojakiem, w pięknej i totalnie niepraktycznej sukni (jakaś markowa, aczkolwiek nie od tego modelu) i na boso. Po odpakowaniu dech mi zaparło z wrażenia. Z szacunkiem wyjęłam ją, zważyłam w dłoniach - wielka, piękna, ciężka - czuć piniondz!

Sheila ma w sobie to coś, czego nie zobaczyłam do tej pory w żadnej innej Tonnerce. Niesamowitą słodycz twarzy i rozmarzone spojrzenie najcudniejszych oczu na świecie. Dla tej wyjątkowej buzi jestem  stanie wybaczyć jej słabo zginane ręce i dziwnie płaskie stopy (akurat w tym przypadku wolałabym "na paluszkach"). Te stopy to dla mnie tajemnica, ponieważ Tonnerki Shinyuu Layne znalezione w sieci mają stopy do pantofelków na obcasie, podejrzewam tu jakieś zabawy przeszczepami albo jakiś nietypowy model, na który ciężko trafić.

Zagadka goni zagadkę, może kiedyś dowiem się o niej więcej. Każda lalka ma jakąś historię i czasem zastanawiam się, co działo się z daną panną (albo panem!), zanim trafiła do mnie, czyje ręce znęcały się nad stawami i fryzurą, u kogo była gwiazdą kolekcji albo zwykłym bawidełkiem. Ale nie drążę tematu u właścicieli, bo generalnie nabywam anonimowo od przypadkowych osób i nie wnikam w to, skąd mają lalki i co z nimi się działo. Z lalkami, nie z właścicielami.

W każdym razie te tajemnicze stópki pokażę, gdy będę jej szyć odpowiednie buciki. A na razie prezentuję wiosenną suknię wraz z wiankiem. Zdjęć będzie duuuuużooooo.

 







 

Gorsecik zrobiony jest z jedwabnego (!) szantungu, w poprzednim życiu był fularem Eleganckiego Mężczyzny, skończył jako ciuszek dla lali. :) Nie bawiłam się w wykroje, tylko ucięłam kawałek fularu i dalsze modelowanie przeprowadzałam NA RYMPAŁ (słowo roku...) na lalce. Z tyłu tradycyjnie machnęłam kółka stalowe, do sznurowania użyłam tiulu. Tiul okrywa również ramiona - początkowo miało być bez, ale Sheila ma lekko wyszczerbione lewe ramię, więc lepiej wyglądała po ukryciu defektu.

Wianek prezentowałam już w różnych stadiach na Instagramie. Bazą była opaska ze złotej gumy, na to naszyłam sztuczne kwiaty i dołożyłam wszelkiej maści koralików, trochę wzorując się na starych trikach z Ogrodu Bestii. Kolczyki to stalowe sztyfty z wklejonymi różyczkami z żywicy, ale nie jestem z nich do końca zadowolona, za luźno tkwią w dziurkach i albo je czymś uszczelnię, albo wymienię na inne.







Spam zdjęciowy potworny. :) ale dobrze się bawiłam. Zresztą cud, że w ogóle udało się zrobić te zdjęcia, ciągle coś dziwnego lądowało mi kadrze i nie chodzi tu nawet o biegające dzieci, ale o artefakty typu: cegły, podpórki do roślin, fragmenty domu, fragmenty jakichś losowo poumieszczanych w ogrodzie przedmiotów, łyse placki ziemi pomiędzy kępami roślin. Nie mam jakiegoś specjalnie dedykowanego lalkom kącika w ogrodzie i zdjęcia robię, gdzie podleci. Tonnerka jest wielka, większa od Barbie i naprawdę ciężej mi się ją fotografowało. O ustawianiu do zdjęcia nie wspomnę. Stojak wywracał się na nierównościach, kieca zaczepiała się o wszystko, lalka wyślizgiwała się z metalowej obejmy, kolana zginały się w najmniej odpowiednich momentach - jak na tak sztywną lalkę, podejrzanie łatwo się zginały, może to ciężar robił swoje, bo jakichś specjalnych luzów nie miały.

Ponadto zaczęłam wreszcie rozumieć sens tych wszystkich wielkich obiektywów do aparatów. Przerobiłam w tej sesji masę ustawień i sporo się nauczyłam. Mam bardzo fajny aparat kompaktowy i jeszcze nie wycisnęłam z niego wszystkiego, ale wiem już, w jakim kierunku będę szła przy ewentualnej wymianie sprzętu w przyszłości.




Ciąg dalszy sesji już innego dnia, ponieważ albowiem czułam jakiś niedosyt. Wedle tego zdjęcia w ogrodzie rosną głównie truskawki i niezapominajki. Perspektywa ma znaczenie. ;)


 

Ona ma w sobie jakąś godność, jest taka dostojna.











Tutaj nadeszły te momenty w ciągu dnia, kiedy słońce bawiło się ze mną w kotka i myszkę, na zmianę porażając blaskiem w oczy i chowając się za chmury.











Terapia starej śliwy. Chyba niewiele z tego będzie...




Po męczącej sesji czas poleżeć na słoneczku...




Albo bez słoneczka, w zależności od jego fantazji.



 
Mam teraz dylemat, czy znowu brać się za jakąś wypaśną suknię, czy skupić na bardziej codziennej garderobie. W czerwcu czeka mnie wyjazd nad morze i oczywiście MUSZĘ zabrać jakieś lalki, koniecznie w nowych ciuchach...
 
Po głowie snuje mi się pomysł zrobienia Sheili docelowo sukienek tematycznych na wszystkie pory roku. Ciekawe, co z tego wyniknie...

poniedziałek, 2 maja 2022

Lady in red, czyli o odkrywaniu uroków szycia na rympał

 Uwielbiam kupować. Chodzić na zakupy już jakby nieco mniej, dlatego z lubością oddaję się myszkowaniu w sieci - każdorazowe wyjście na zakupy wiąże się z odpowiednim rozdysponowaniem progenitury. Jako pełnoetatowa kura domowa, nie korzystająca w dodatku z możliwości posyłania córek do placówek oświatowych, w zamian za to uskuteczniająca edukację domową, mam do wyboru dwie opcje: albo wcisnę dzieci którejś z babć, albo powlokę ze sobą na shopping po mojej skromnej mieścinie.Także najczęściej nie bywam z dziećmi w sklepach. Ewentualnie w towarzystwie Mamy EM, a i wtedy bywa różnie.

No ale za to dobrodziejstwa internetów rozciągają się przede mną w całej swej kuszącej okazałości. Nabywam tam takie interesujące dobra, jak materie pokryte cekinami, sztuczne kwiatki jak żywe, wiązanki suwaków za bezcen w losowych kolorach, taśmy cyrkoniowe i kolorowe pióra. Potem dociera do mnie, że trzeba przetworzyć pozyskane towary w coś konstruktywnego, choćby w części, żeby usprawiedliwić przed sobą dokonany zakup. Tak mniej więcej w skrócie rysują się początki dzieła, które prezentowane jest w niniejszym poście.

W rozwinięciu wyglądało to następująco: zasiadłszy wraz z Eleganckim Mężczyzną do oglądania arcydzieła kinematografii pod tytułem "Stillwater" (ciężkie kino, może miało to wpływ na to, co opisuję), poczułam przypływ weny twórczej, wyjęłam świeżo nabytą cekinozę i rozpoczęłam krojenie sukienki dla lalki na klasyczny rympał. Chciałam po prostu pobawić się materiałem, zobaczyć, jak on pracuje i jaki da efekt. Cięłam sobie materię radośnie, cekiny sypały się dookoła jak śnieg, następnie pospinałam zestaw otrzymanych kawałków i zaczęłam patrzeć, co mi z tego wyszło.

Wyszło... no, obiecująco. Cięłam specjalnie dziwnymi skosami, a po wstępnym zeszpilkowaniu wstawiony z tyłu sukienki trójkąt (przymarszczony na krawędziach) uformował się w dość ekstrawagancki grzebień. Nie byłam zbyt zadowolona, ale po sfastrygowaniu materiał ułożył się zdecydowanie lepiej. Więc szłam dalej tą drogą. Wstawiłam suwak, trochę nie po kolei. Zszyłam sukienkę. Lalka cierpliwie znosiła przymiarki, prezentując się z każdym etapem coraz lepiej. Podwinęłam krawędzie. W talii sukienka była za luźna, więc zaczęłam tworzyć zaszewki, nie zdejmując ciuszka z lalki. I nawet się udały. Cekinoza jest dość kłopotliwa w szyciu, ale za to świetnie maskuje nitkę, jeśli tylko kolor jest dobrze dopasowany, trzeba po prostu uważać, by prowadzić ją jak najbardziej POD cekinami.

Po zrobieniu zaszewek nadal coś mi nie pasowało. Sukienka miała dość specyficzny kształt, brakowało mi jakiegoś przymarszczenia, znalezienie odpowiedniego punktu trochę potrwało, ale efekt mi się spodobał. Wykończeniówka to czysta przyjemność - taśma cyrkoniowa i parę koralików.

Dekoracja głowy, to były dopiero mecyje. Najpierw miały być same pióra, wielkie i bordowe. Potem wybrałam czerwone kwiaty z tkaniny i splotłam coś w rodzaju wianka. Potem dołożyłam piór, zupełnie innych, niż początkowo planowane. Potem rozplotłam wianek i zrobiłam opaskę. Potem ufryzowałam lalkę, ale z tyłu wyglądała źle, a chciałam, żeby z każdej strony  było dobrze. Więc rozwaliłam fryz i kombinowałam dalej.

Lalka to jakaś Kayla bodaj z serii Fashion Fever, zdecydowanie po przeszczepie, bo ma ciałko jednej z Cali Girls Horseback, z wielkimi stopami, które są świetne. Włosy Fiony, bo tak dałam jej na imię, są bardzo delikatne, proste i sypkie, dodatkowo w kilku miejscach ktoś przyciął pojedyncza pasma, które wymykały się z upięcia. W końcu udało mi się je ujarzmić, formując koczek otulony czerwonym tiulem z krawędzi cekinozy. Przytwierdziłam do koczka kwiecisto-pierzastą ozdobę. Na obuwie weny mi nie starczyło. Na bieliznę takoż. Jeszcze tylko sesja i sru.

Takie bardzo sru to nie było, bo marzyła mi się sesja na jakimś szarym, neutralnym tle, żeby lepiej wyeksponować jadowitość barwy sukni, w końcu zabrałam lalkę do ogrodu, a tam ani w ząb nie mogłam znaleźć dobrego miejsca. Dopiero kamień pod dębem natchnął mnie i dokonałam dzieła. I nawet kolory wyszły takie, jak powinny.






Koczek w całej okazałości. I dobry widok na suwak.

Grzebień na sukni można układać w dwie strony, suknia dzięki krojeniu na rympał jest bardzo skrętna i pełna niespodzianek.


Pozuje, jakby całe życie spędziła na wybiegu.






 

I trochę więcej zieleni dla kontrastu.






 

Narobiłam się, ale jestem zadowolona. Mogę spokojnie kontynuować kolejny wyczesany projekt. ;)

Zobacz także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...